Archiwum Październik 24, 2008

Weekend w Sydney

Gdyby nie opera i harbour bridge — “wieszak na ubrania” jak niektórzy mówią — to Sydney byłoby najzwyklejszym nowoczesnym miastem jakich pełno. Wystarczyło wybudować kilka “ikon” aby co roku przybywało tutaj kilka milionów turystów. Pierwszy raz w Sydney byłem w 2006 roku podczas powrotu z Nowej Zelandii kiedy to miałem 7 godzin czasu do samolotu do Europy. Wtedy niemal w biegu załatwiłem opere i most i już trzeba było wracać na lotnisko — byłem przekonany że już wiecej mi się nie zdarzy tutaj być. Los okazał się przewrotny i oto znowu przybyłem do Sydney — tym razem w ramach weekendowej wycieczki z małym plecaczkiem co by mało za bilet lotniczy zapłacić. Tym razem na spokojnie mając całe 2 dni zwiedziłem Hyde Park Barracks Museum, Sydney Museum, plaże Bondi. Popłynąłem promem do Manly.

 czytaj dalej

Willsons Promontory

Tym razem chciałem się troche “scharatać”. W tym celu wstałem wcześnie rano żeby pojechać do Willsons Promontory oddalone 230 km od Melbourne by potem zrobić 10 godzinną trasę do latarni morskiej i spowrotem i następnie wrócić do Melbourne — wszystko w jeden dzień. Willsons Promontory to park narodowy którym został objęty najbardziej na południe wysunięty półwysep australii. Jest tu mnóstwo szlaków w gęstym buszu jak i tzw “coastal tracks” — szlaków wzdłuż wybrzeża. Pełno tu najróżniejszej zwierzyny — zwłaszcza misiów koala. Widziałem też węża, emu, dwie jaszczurki i kilka innych stworzeń znanych mi z ilustrowanych podręczników do biologii. Ogólnie duszno i sucho a to dopiero wiosna.

 czytaj dalej
Poprzedni dzień    Następny dzień