Tasmania — moja ulubiona część Australii
Ostatni raz na Tasmani bylem w kwietniu. Wypożyczyłem wtedy samochód w Devonport i ruszyłem w kierunku Cradle Mountains. Jako że pogoda była kiepska następnego dnia zwiedzałem jedyne suche miejsca na tej wyspie wtedy — jaskinie. Tym razem postanowiłem wziąść Patrola na prom i zapuścić się w najodleglejsze rejony Tasmani — Southwest National Park a także zobaczyć Hobart i Port Artur mając nadzieje że pogoda będzie lepsza. Prom na Tasmanie wypływa regularnie z Melbourne codziennie o 20-ej (o tej samej porze drugi taki prom wypływa z Devonport) — czas rejsu to 11 godzin. Jest to super sprawa bo do celu promy dopływają o 7 ej rano następnego dnia i nie traci się dnia na dojazd a cena jest bardzo przystepna jak za tak odległy transport gdyż “Spirit of Tasmania” jest dofinansowywany przez australijski rząd. W Devonport zrobiłem stosowne zakupy prowiantu na droge a także uzupełniłem paliwko.. że nie wspomne o paskudnym śniadaniu w przydrożnym barze — kawusia za to pycha :). Tego dnia planowałem dojechać w rejony Gordon Dam i następnie nocować na którymś z dwóch campingów na jeziorem Pedder — dystans około 400km. W mainlandzie byłoby to całkiem niedużo ale na Tasmani trzeba dodatkowo brać pod uwagę liczne serpentyny w związku z czym pokonanie takiego dystansu zajmuje znacznie dłużej. Wybrałem trasę przez Great Lake — to tam gdzie kilka miesięcy wcześniej chciałem dojechać ale pogoda zmusiła mnie wtedy do odwrotu. Okazało się że przed Great Lake skończył się asfalt i zaczął się porządny szuterek — zdałem sobie sprawe że wtedy bym i tak musiał zawrócić bo miałem auto z wyporzyczalni którego nie mogłem brać na rzadne łofrołdy. Great Lake to największe naturalne jezioro w Australii, prawdziwy raj dla wędkarzy, mało turystów ze względu na brak asfaltowej drogi, wszystkie pojazdy jakie tam widziałem to 4x4. Po objechaniu jeziora i jeszcze kilkunastu kilometrów wbiłem się na asfaltową Highland lakes road i dalej już spokojnie w kierunku Gordon Dam. Zatrzymałem sie tylko w Bothwell żeby zakupić zgrabny sześciopaczek — niezbędny na kempingu :) Na około 18tą dojechałem do Gordon Dam — wrażenie niesamowite i następnie wróciłem tą samą drogą 50km by potem skręcić w szutrową Scotts Peak Road prowadzącą do Edgar Dam i Scotts Peak Dam — jakieś 40 km. Na kempingu zaledwie kilka samochodów więc nie było problemu ze znalezieniem fajnej miejscówki. Następny dzień zapowiadał się ciekawie — miałem zamiar wyjść na Mt Anne. Normalnie ten szlak robi się w dwa dni ale ja stwierdziłem że dam rade w jeden dzień. Szlak zaczyna się w pobliżu lake Pedder czyli było to jakieś 10 km od mojego kempingu. Przez pierwsze kilka godzin była nieprzyjemna mgła ale kiedy dotarłem na Mt Eliza (mniejszy szczyt po drodze na Mt Anne) zaczęło się rozjaśniać. Szlak na Mt Anne należy do bardzo trudnych jako że trzeba bardzo często wspinać się, przeskakiwać przez olbrzymie bloki skalne a końcówka podejścia to wspinaczka momentami po pionowej ścianie bez żadnych zabezpieczeń. Przyznam się że nie zdobyłem szczytu a zabrakło mi może z 10 metrów. Strach i resztki zdrowego rozsądku kazały mi zawrócić zanim popełnie jakiś tragiczny błąd chociaż jak się później dowiedziałem to najgorsze miałem już za sobą. Cały czas miałem przed sobą perspektywe zejścia przez najtrudniejszy odcinek który udało mi sie jakoś pokonać wchodząć do góry a wiadomo że schodzenie nie jest łatwiejsze od wychodzenia w skale. Kiedy zacząłem schodzić akurat doszła tasmańska rodzinka : ojciec matka i dwie dziewczynki. Jedna z nich pomogła mi zejść ze stromej pólki skalnej wskazując mi dogodne stopnie na nogi. Już wiedziałem że to amatorzy nie są. Trochę pogadaliśmy, w końcu rodzice zostali a ich córki ruszyły w kierunku szczytu. Byłem w szoku. Dziewczyny na oko sądząc jakieś 12 lat a bez wachania wspinały się po skale mając pod sobą kilkunastometrową przepaść. Poczułem się strasznie malutki a wcześniej myślałem że w górach jestem niezłym wyjadaczem. Porzednio kiedy byłem na Tasmani wspinałem się na Mt Craddle — warunki pogodowe były jak już wspomniałem fatalne — widoczność może na 10 metróew, padał deszcz i pod koniec było naprawdę nieciekawie a przedemną tasmańska rodzinka — ojeciec z trójką dzieci, o ile to najmniejsze miał cały czas na oku to pozostała dwójka nimalże wbiegnęła na szczyt. Teraz wiem że ludzie na Tasmani kochają góry i potrafią po nich rozważnie chodzić, nigdzie nie ma żadnych zabezpieczeń — jesli czujesz że nie dajesz rady to po prostu się wycofujesz. Wspaniała mentalność — znalazłem zaledwie garstkę przypadków tragicznych wypadków a w Tatrach każdego roku ginie kilka osób pomimo licznych zabezpieczeń. Pełen szacun dla Tassie. Szkoda że w mainlandzie większość australijczyków z pogardą odnosi się do Tasmani uważając że nic tam nie ma. Dla mnie to jeden z najpiękniejszych kawałków Australii. Po szybkim otrząśnięciu się z porażki zacząłem wracać i przy samochodzie byłem około 18tej. Cała trasa zajęła mi 10godzin i mimo wszystko był to kawał fantastycznej wspinaczki. Jeszcze miałem do przejechania jakieś 70 km na pole namiotowe w pobliżu Mt Field by następnego dnia już na luzaczka zobaczyć Hobart i Port Artur. Hobart nie zrobiło na mnie wielkiego wrażenia więc ruszyłem w kierunku Port Artur na pólwyspie tasmańskim. Port Artur to nazwa niesławnej koloni karnej gdzie trafiali najgorsi mordercy, bandyci którzy po zesłaniu do Australii po raz kolejny dopuścili się zbrodni. Życie ludzkie nie miało tu żadnej wartości. Piekło na ziemi którego celem było zmiażdżenie człowieka a nie resocjalizacja. Teraz w otoczeniu przepięknej przyrody można zwiedzać ruiny kolonii — komercja na maksa, olbrzymie parkingi, windy, pamiątki, rozliczne wycieczki po konkretnych historic site-ach. W następny dzień planowałem wracać do Devonport jako że o 20 ej miałem prom spowrotem do Melbourne. W sumie zrobiłem ponad 1000km. Nissan Patrol sprawił się wyśmienicie pokazując że to solidna, niezawodna konstrukcja z silnikiem niedozajechania pomimo niemałego przebiegu 340 000 km. Z pewnym żalem opuszczałem Tasmanię że nie wziąłem więcej urlopu. Były to fantastyczne 4 dni. Nie wykluczam że jeszcze kiedyś odwiedzę tą wyspę. W Melbourne byłem na 7 rano, odstawić auto i do roboty ech.
Great Lake — najwieksze naturalne jezioro w Australii
Oto prawdziwy sens posiadania samochodu terenowego — można wjechać tam gdzie nie ma żadnej drogi.
Gordon dam — całkiem spore
Scott Peak Road w kierunku campingu
Wallabie podchodziły do mnie odważnie w nadzieji że wyskocze z jakiegoś żarcia :)
Dość nieciekawa poranna mgła…
…ale potem już było tylko lepiej
Mój cel — Mt Anne
Tędy leci szlak.
Widoczek z Mt Wellington obok Hobart — można dojechać na szczyt asfaltową drogą
Hobart
Port Artur
W pobliżu mojego ostatniego biwaku
Dawne kopalnie węgla — kiedyś jeszcze gorsze miejsce niż w Port Artur
Norfoldzka sosna — materiał na maszt. Być może gdyby kapitan James Cook niezauważył tych sosen podczas swojej słynnej wyprawy to korona brytyjska nigdyby się nie zainteresowała tak odległym lądem i dziś mówiono by tu po hiszpańsku lub francusku.
Jeszcze raz Port Artur
Tablica obok ogrodu upamiętniającego tragiczne wydarzenia 1996 roku w Port Artur kiedy to szaleniec zastrzelił 35 osób
Devonport
Goodby Tassie


Komentarze
Cześć Michał ! Super zdjęcia. Właśnie dzisiaj otworzyłem neta i wszedłem na twoją stronkę. Minutę później przyleciała babcia i też zaczęła czytać xD . Mam tylko takie małe pytanko, to był kangur na tym zdjęciu, bo ja myślałem, że są większe ;D
Pozdrowienia… bądź na Skype w Niedziele o 14:00 !!!
Na zdjęciach są walabie — torbacze tak jak kangury ale faktycznie mniejsze
Komentarz do: «Tasmania - moja ulubiona część Australii»