Zachodnie wybrzeże — shark bay

W końcu jest czas żeby nadrobić zaległości więc jest relacja z wyprawy do zachodniej australii. Tym razem chodziło mi o kompletny relaksik na plaży, noclegi w hotelach i żarcie lepsze niż z puszki więc wybrałem się z dwoma małżeństwami z dziećmi — tak, ryzyko było. Cel bł taki aby w Perth wypozyczyć 8-osobowego vana i podążyć nim aż do coral coast 1100km które słynie z przepięknej rafy koralowej. Życie jednak zweryfikowało nasze plany i dotarliśmy do shark bay gdzie spędziliśmy kilka dni — cóż, mając 1 tydzień urlopu szkoda tracić czas na przejazd, zwłaszcza że za szybą nic nie ma. Do Perth poleciałem sam w sobote 6-ego grudnia wcześnie rano by po południu dołączyć do reszty ekipy — miałem parę godzin na zwiedzanie Perth. W tym miejscu muszę przytoczyć małą sytuacyjke jaka miała miejsce w samolocie. Otóż leciałem liniami quantas, na pokładzie było zaledwie kilka osób. Kiedy już rozsiadłem się wygodnie i wyciągnąłem do czytania 4WD Action pani stewardesa poprosiła mnie abym na czas startu i lądowania usiadł przy drzwiach awaryjnych. Tak też zrobiłem po czym owa pani rozpoczęła swój standardowy monolog — jak się zachować przy awaryjnym lądowaniu i takie tam. Była godzina 6 rano więc jeszcze nie byłem do końca rześki i specjalnie nie słuchałem tych instrukcji. Dopiero z tego stanu półsnu wyrwało mnie pytanie skierowane bezpośrednio do mnie czy w razie awaryjnego lądowania będę potrafił udzielić pomocy — cóż skłamałem że tak. Po stracie wróciłem na miejsce i ze zgrozą stwierdziłem że ktoś mi zakosił 4WD Action. Po krótkim czasie wszystkie stewardesy zaczęły szukać mojego 4WD Action w końcu jeden pasażer wyznał że widział jak jeden steward niósł moją gazetkę. Sprawa się wydała i nagle 4WD Action sie znalazło. Już nie lubie quantasa. Uff więc do rzeczy. Wiedziałem że Perth mi się nie spodoba więc prosto z lotniska pojechałem do miasteczka Fremantle — dawny kolonialny port który wciąż utrzymuje swój urok. Można tu zwiedzić do 1991 najlepiej strzeżone więzienie w Australii, muzeum morskie w którym zgromadzono liczne przedmioty wydobyte z zatopionych holenderskich statków (także ze sławnego wraku “Batawii”) ale to co najbardziej urzeka przybysza to niesamowite klimatyczne knajpki, ogródeczki czyli wszystko to czego nie ma w luksusowym, szklanym Perth. Szkoda że nie mogłem tu zostać do wieczora, trzeba było ruszać na lotnisko. W pociagu aborygeński żul wyciągnął ode mnie monete. Na lotnisku spotkałem resztę ekipy i po zapakowaniu naszego dobytku do auta ruszyliśmy na nasz pierwszy nocleg w Cervantes. Następnego dnia zwiedziliśmy Pinnacles Desert objęte parkiem narodowym Nambung. Ta niewielka pustynia słynie z niesamowitych iglic wyrastających tu i ówdzie z piasku. Jest to na tyle niewielki obszar że można przejść się krótkim szlakiem lub przejechać samochodem jak któs jest leniwy i nie lubi australijskiego ciepełka. Kolejny nocleg mieliśmy zarezerwowany w Kalbarri — tam to dopiero był luksus — prawdziwy beach resort z basenem i monopolowym za płotem. Jako że mieliśmy tu spędzić dwie noce następny dzień upłynął w końcu bardzo lajtowo na basenie a po południu podjechaliśmy w kierunku parku narodowego Kalbarri aby zobaczyć słynne skalne urwiska podciete przez rzekę Murchinson. Przy zachodzącym słońcu te z natury czerwone skały robią naprawdę niesamowite wrażenie. Kolejnego dnia ruszyliśmy na safari kajakowe. Wywieźli nas terenowym busem kilkanaście kilometrów w górę rzeki po czym kajaczkami spływaliśmy do ustalonego miejsca. Kajaki były 3-osobowe i muszę przyznać że czasem a nawet bardzo często były znaczne problemy z synchronizacją ale pod koniec już pruliśmy przez wode jak rasowi kajakarze. Własnie w Kalbarri podjęlismy decyzje aby nie jechać na Coral Coast tylko zatrzymać się w zatoce rekinów. Zarezerwowaliśmy 4 noclegi w Denham i kolejne 5 dni upłynęły na beztroskim leniuchowaniu na pustych plażach, pluskaniu się z delfinami w Monkey Mia, zbieraniu muszelek i spożywaniu zaopatrzenia pobliskiego sklepu monopolowego. Wybraliśmy się nawet na rejs katamaranem z którego podziwialiśmy żółwie morskie i inne zwierzaki morskie mające tendencję do wyskakiwania z wody co jakis czas ku uciesze gawiedzi. Shark bay to miejsce szczególne ze względu na niesamowite bogactwo roślin i zwierząt morskich w tym kilkadziesiąt endemitów. Zatoka znajduje się na liście UNESCO. My jako zwykli turyści moglismy oglądać zaledwie wycinek tego świata w akwarium w pobliżu Denham. Troche posnorkelowałem w przejrzystych wodach zatoki ale jedyne co widziałem to płaszczke, ławice wielkich ryb i puszke koka koli której sie troche przestraszyłem :) Shark bay pomimo swojej nazwy nie odstrasza turystów — rekiny tutaj rzadko podpływaja do brzegu. Poważnym zagrożeniem w niektórych rejonach wybrzeża jest “stone fish” — ryba wyglądajaca jak kamień która lubi leżeć sobie na dnie nieruchomo. Nadepnięcie na nią nie jest wprawdzie śmiertelne ale ogromnie bolesne. Czas nami minął w shark bay niespodziewanie szybko i bez żadnych niespodzianek wróciliśmy do Perth 14-ego grudnia Rafal z Agnieszką do Polski a ja, Ludwika i Marcin do jak zwykle zimnego Melbourne.

Skomentuj

Komentarze

Co to za “Poland place” ? Zdjęcia śliczne, zazdroszczę wycieczki :)

Michal Ful    Sty. 8, 2009 1:06 po południu
Odpowiedz
 

W jednym osrodku turystycznym byly takie domki, kazdy mial inna nazwe. To nie jedyny polski akcent w Denham — jest jeszcze Poland road.

Michał    Sty. 9, 2009 3:33 rano
Odpowiedz
 

Delfinki super, a co z rekinami? :)

Ania Cegła-Kaszkowiak    Sty. 8, 2009 11:45 po południu
Odpowiedz
 

Piękne zdjęcia… w Kraku pochmurno i zmino a tam szmaragdowy ocean skąpane słońcem plaże ech… zachwycające…pozdrawiam

Ewka    Sty. 15, 2009 7:30 rano
Odpowiedz
 

Komentarz do: «Zachodnie wybrzeże - shark bay»

Wymagane. Maksymalnie 30 znaków

Wymagane