Fraser Island i podróż przez cztery stany

Zaległości się ciągną i nie było czasu aby je nadrobić więc dopiero teraz parę słów na temat mojej ciekawej świątecznej wyprawy na Fraser Island moim niezawodnym nissanem. Do pokonania było w jedną stronę ponad 2000 km czyli całkiem sporo mając jedynie 11 dni na ten projekt. Możnaby pomyśleć że na samą podróż straciłem większą połowę urlopu ale to nie prawda. Sama podróż samochodem przez wschodnią australię też jest sama w sobie niesamowita. O ile w zachodniej i środkowej australii dominuje bezlitosny outback to na wschodnim wybrzeżu New South Wales i południowym Queenslandzie krajobraz zmienia sie jak w kalejdoskopie.

Fraser Island to największa piaszczysta wyspa na świecie wpisana na liste UNESCO. Na wyspie nie ma miast, asfaltowych dróg a jedynie kilka drogich ośrodków wczasowych. To co przyciąga ludzi to fenomenalna możliwość jazdy 4x4 po plażach i wypoczynek nad nieskazitelnie przejrzystymi jeziorami, jest to prawdziwy raj także dla wędkarzy.

Plan był taki aby najkrótszą możliwą drogą dostać się z Melbourne do Queenslandu, przeprawić promem na fraser island, spędzić tam 3-4 dni po czym spokojnie wracać wzdłuż wschodniego wybrzeża. Droga w kierunku Fraser Island przez mainland okazała się dużo przyjemniejsza niż powrót popularną pacific highway ze względu na mały ruch — głównie pociągi drogowe i ciekawe małe miasteczka do których większość turystów nie zajeżdża z prostej przyczyny — daleko od popularnych tras turystyczncyh. Z kolei pacific higway jest wiecznie zatłoczona jako że łączy wielkie miasta Brisbane i Sydney a pozatym pomimo swej nazwy biegnie kilkanaście kilometrów od wybrzeża więc ciężko ją nazwać malowniczą.

Murray River

Wyruszyłem zaraz po pracy w wigilie 24 grudnia. Korzystając z jeszcze kilku godzin światła dziennego dojechałem do granicy stanu Victoria i New South Wales — jakieś 300 km. Granice tą wyznacza największa w Australii rzeka Murray na brzegu której bardzo łatwo można znaleźć przyjemne miejsce na kemping. Tam spędziłem wigilie wciągając pierwszą podczas tej wyprawy zupkę chińską.



Radioteleskop w Parkes

Kolejny przystanek w Parkes. W tej części Australii pono jest najczarniejsze niebo i pobudowali tu rożne teleskopy. Ten w Parkes pojawił się wielokrotnie w filmie The Dish. Trochę się rozczarowałem bo w przewodniku pisało że jest naprawdę wielki a tu okazało się że to tylko taka większa antena satelitarna. Dodatkowo wszędzie były tabliczki zakazujące włączania urządzeń elektronicznych kamery, aparaty cyfrowe, laptopy bo teleskop cały czas pracuje i inne urządzenia mogą wprowadzić zakłócenia. Ja mimo to zrobiłem kilka zdjęć cyfrówką — jeśli przez to naukowcy nie odkryli jakiegoś ważnego wydarzenia w kosmosie pozostaje mi tylko powiedzieć…przepraszam.


Zoo w Dubo

Tego samego dnia zahaczyłem także o ciekawe zoo w Dubo. Ciekawe dlatego że zwiedzanie ma formę kilkukilometrowego safari. Własnym samochodem można przejechać po wyznaczonej trasie. Zwierzęta mają tu warunki bardzo zbliżone do naturalnych. Pomimo że olbrzymie wybiegi są od siebie odgrodzone często nie widać tego gdyż ochronne siatki są bardzo sprytnie zakamuflowane. Wrażenie jest takie że spaceruje się wśród zwierząt w ich naturalnym środowisku. Gorąc dał się we znaki i mnie bo to już prawie outback więc ruszyłem szukać jakiegoś kempingu w Warrumbungle National Park.



Warrumbungle National Park

To bardzo ładny i mało uczęszczany park narodowy. Pośrodku absolutnego outbacku zalesiona wyżyna z której wyrastają wysokie skalne iglice. Idealne miejsce na wspinaczke. Ja zrobiłem tylko 7 godzinną pętlę wśród imponujących skałek. Po południu jeszcze trzeba było zrobić z 400 km. Późnym wieczorem przekroczyłem granicę między New South Wales i Queenslandem i ścigany przez gigantyczną tropikalną burzę dotarłem do motelu w Toowoomba. Muszę przyznać że motel ten zaliczyłem do jednych z najlepszych w jakich kiedykolwiek nocowałem. Nie dość że tanio bo 46$ to w pokoju kablówka i na przeciwko jeszcze otwarty monopolowy — koło godziny 22:00 w drugi dzień świąt.



Fraser Island

Wyruszyłem wcześnie rano aby dotrzeć po południu na Fraser Island by jeszcze korzystając z odpływu dostać się na biwak w pobliżu Eurong. Najszybciej można się dostać na Fraser Island z miejscowości Rainbow Beach z której co kilkanaście minut odpływają barki — czas to jakieś 10 minut. Niektórzy ludzie już na drodze do barki zagrzebują się w piasku gdyż barki odplywają wprost z plaży do której prowadzi około kilometrowa piaszczysta droga. Tak się stało i ze mną. Przed zjazdem z asfaltu ochoczo zmniejszyłem ciśnienie w oponach do 25 psi i jazda w piasek. Rozentuzjazmowany przemknąłem ze sporą prędkoscią obok kilku pojazdów i kompromitująco zakopałem się na środku drogi — nagle stwierdziłem że w tej calej ekstazie offroadowej zapomniałem zapiąć przedniej osi. Było trochę wstydu ale szybko jeszcze spuściłem troche powietrza w kołach do 20 psi, zapiąłem przód i powoli już z podkulonym ogonem ruszyłem dalej w kierunku barki. Na fraserze wylądowałem jeszcze podczas odpływu a to oznacza że piasek na kilka metrów od lini wody jest twardy i można po nim bezstresowo jeździc maksymalnie 80 km na godzinę. Jazda po plaży to niesamowita frajda. Wielu uważa to za najfajniejszą formę offroadu. Mimo że na fraserze obowiazują takie same zasady ruchu drogowego jak na publicznych drogach (są nawet patrole policji — w nissanach patrolach rzecz jasna) to i tak mozna jeździc na calej szerokości plaży — byle nie wjeżdżać na wydmy co jest zabronioną praktyką. Każdy kto pragnie zabrać na fraser island swój samochód musi zapłacić 36$ Vehicle Access Permit. Koszt promu w obie strony to 80$. Dodatkowo trzeba mieć wykupione noclegi na cały czas pobytu. Najtańszy wariant to wyznaczone miejsca za wydmami wzdłuż plaży — koszt 5$ za noc i właśnie taki wariant ja wybrałem. Początkowo planowałem dotrzeć do sandy cape — najbardziej oddalony na północ punkt fraser island jednak okazało się że przejazd przez ngkala rocks jest bardzo niebezpieczny — skały te można pokonać tylko podczas odpływu a ostatnie kilometry do sandy cape to tez nie lada wyzwanie gdyż tam piasek nie jest już tak stabilny i poważne zakopanie się to norma. Mało kto się tam zapuszcza tylko w jeden samochód. W pobliżu indian heads znajduje się objazd 1.6 km w głębi wyspy jako że w tym miejscu plaże przecina skalisty kliff. Okazało się że wjazd z plaży na ten objazd nie jest łatwy gdyż jest pod górkę i na dodatek bardzo luźny piasek. Niemal każdy samochód który wprost z plaży próbował wjechać na ten obiazd utknął. Siedząca obok loża szyderców gwizdami skutecznie irytowala kierowców zakopanych pojazdów. Kiedy to zobaczylem stwierdziłem ze trza sie przyłożyć — obniżyłem ciśnienie w oponach do 17 psi i powoli ruszyłem. Kluczem podczas jazdy po miękkim piasku jest właśnie niskie ciśnienie w oponach dzięki czemu opona ma wiekszy footprint a także trzymać cały czas moment obrotowy — zatrzymanie się lub zmiana biegów w trakcie przejazdu na pewno unieruchomi pojazd. Udało mi się przejechać bez zakopania sie. Ku mojemu zaskoczeniu wspomniana loża szyderców biła mi brawa za ten sukces.



Lamington National Park

Po opuszczeniu fraser island skierowałem się w kierunku lamington national park na granicy między queenslandem i new south wales. Ten park narodowy okazał się zupełnie inny niż te które dotychczas miałem okazje odwiedzić. Mało tam punktów widokowych a jeśli już to niezbyt ciekawe ale za to ten niesamowity tropikalny las deszczowy. Kiedy wieczorem tam przybyłem i rozłożylem namiot na pobliskim polu namiotowym było jeszcze około 1 godziny swiatła słonecznego. w tropikalnym queenslandzie słońce zachodzi już po 18 tej cały rok — w końcu to już całkiem niedaleko równika. Postanowiłem przejść się krótkim szlakiem przez las deszczowy. Wrażenie niewiarygodne — niesamowite kształty, olbrzymie drzewa z straszliwie poskręcanymi gałęziami, po wejściu do lasu zrobiło się niemal ciemno. Dodatkowo niesamowite głosy zwierząt — nigdy czegoś takiego nie słyszałem. Co pewien czas miałem wrażenie że gdzieś w oddali płacze dziecko. Tej nocy miałem koszmary. Tropikalny las deszczowy to jest coś co koniecznie trzeba zobaczyć i usłyszeć. Następnego dnia zrobiłem sobie 8 godzinną pętlę ale w świetle dnia las juz nie wyglądał tak strasznie i głosy zwierząt zdecydowanie ucichły. Po południu ruszyłem w drogę powrotną wzdłuż pacific highway zbliżając się do domu. Po drodze jeszcze zahaczylem o byron bay — najbardziej wysunięty punkt australii na wschód. Że był to 31 grudzień zakupiłem szampana i jakieś piwo. Chciałem tego dnia dotrzeć maksymalnie daleko jak się da przed północą. Znalazłem świetne miejsce na ten sylwestrowy nocleg w Coopernook Forest Park.



Noc sylwestrowa

Wyczucie mam niezłe. Na pole namiotowe na skraju lasu zajechałem kilka minut przed północą po przejechaniu około 300 km. Okazało się że nie było żadnego dodatkowego oświetlenia i tez bardzo mało ludzi. W ciemnościach zacząłem szukać czołówki zerkając na zegarek. W końcu po 2 minutach szukania poddałem się i sięgnąłem do torby gdzie wiedziałem na 100% że tam jest jedno piwo — i tak wszedłem w nowy rok z piwem w ręku w absolutnych ciemnościach :) Potem już na spokojnie poszukałem czołówki i niewiele później poszedłem spać zmęczony trekingiem w Lamington national park i długą podróżą. Kolejny dzień rozpocząłem od wymiany oleju silnikowego i filtra — juz minęło 5000 km od ostatniej wymiany. Regularna wymiana oleju w samochodach które mają już tyle kilometrów to sprawa ekstremalnie ważna w dalszym bezawaryjnym użytkowaniu. Byłem na to przygotowany — wiadro ocynkowane, świerzutki olej i filtr. Pierwszy raz wymieniałem olej w parku narodowym :). Ciężko by było się z tego wytłumaczyć rangerowi gdyby mnie nakrył mimo że wszystko zabrałem ze sobą nie zostawiając ani śladu na trawie.


Blue Mountains

To moje wielkie rozczarowanie — myślałem że to są góry ale okazało się że to są tylko głębokie kaniony i klify. Nawet pociągiem można tam dojechac z Sydney — to tylko 100km. Na szczęście na szlak wyruszyłem bardzo wcześnie rano abo zdążyć przed stonką (znaczy przed tłumami) i faktycznie było to słuszne posunięcie. Gdy już zbliżałem się do samochodu było już blisko południa i oczywiście dzikie tłumy azjatow. Azjaci robią fotki totalnie wszystkiego — Nie przepuszczą żadnego kwiatka czy ciekawego kamyka a ich karty pamięci nie mają — znanych nam, ludziom zachodu — ograniczeń. Po południu ruszyłem w kierunku snowy mountains przez canberre.



Canberra

Stolica Australii — niewielkie miasto o kontrowersyjnym rozplanowaniu ulic. To prawdziwy fenomen że zaprojektowano i wybudowano miasto które miało służyć jedmeu celowi — stolica państwa. Jest to kompromis w wyniku wiecznej rywalizacji między wielkimi miastami Sydney i Melbourne. Osobiście Canberra bardzo mi się spodobała — Szerokie ulice, totalny brak korków, mnóstwo zieleni i parków. Daleko jej do zgiełku gigantów takich jak Sydney, Melbourne, Brisbane.



Snowy Mountains i Góra Kościuszki

Ostatnia ważna część mojej podróży — zdobyć mount kościuszko, najwyższą górę Australii zaliczaną także do korony ziemi czyli najwyższych szczytów wszystkich kontynentów (nie przez wszystkich bo wg Messnera najwyższym szczytem kontynentu Australia i Oceania jest Puncak Jaya). Zdobyć mount kosciuszko to za mocno powiedziane. Największą różnicę wysokości pokonuje się kolejką krzesełkową a potem już jest wygodna metalowa kładka a także betonowa,kamienna scieżka na szczyt. Widziałem panie z wózkami z dziećmi. Podjąłem standardową akcję “zdążyć przed stonką” i wyruszyłem wcześnie rano gdy kolejka krzesełkowa jeszcze nie działała. Więc mogę powiedzieć że tą górę “zdobyłem” bo szedłem z plecakiem wprost z wioski. Jak się okazało nie byłem pierwszym tego dnia na szczycie — zastałem tam parkę wytrawnych turystów którzy też tak jak ja chcieli zdążyć przed stonką. Porobiłem trochę fotek i ruszylem w kierunku mount townsend. Widok z mount townsend jest o wiele ładniejszy niz z mount kosciuszko a szlak na nią jest mocno ukryty. Większość turystów nawet nie wie że tam można wejść bo w Visitor Centre nie podają takiej informacji poza tym na żadnej mapie dostępnej w Visitor Centre nie ma tego szlaku zaznaczonego. Ja dowiedziałem się o tym szlaku z książeczki “Walking in Australia” — pozycja dla wytrawnych turystów. Uważam że to świetny pomysł żeby zachować pewne szlaki przed zmasowanym atakiem turystów. Wreszcie normalny szlak — wąska scieżynka zamiast szerokiej na półtora metra metalowej kraty. Po drodze spotkałem tylko jednego turystę — widać że jest tu dla gór a nie tylko dla zaliczenia najwyższego szczytu w Australii co jest głównym magnesem przyciągającym tu turystów. Wieczorem ruszyłem w długą drogę powrotną do Melbourne — około 500 km. Nie było łatwo mając za sobą około 8-9 godzin trekingu po Snowy Mountains. Ech te australijskie odległości że tak powtórze po raz kolejny :)



W sumie podczas tych 11 dni zrobiłem trasę około 4500 km. Nissan Patrol sprawił się rewelacyjnie — nie miałem totalnie żadnej nawet najmniejszej awarii. Już stuknęło 345000 km na liczniku. Mało jest tak prostych, wytrzymałych niezawodnych konstrukcji. Szkoda ze takich samochodów się już nie produkuje. Była to ostatnia moja większa podróż w Australii jako że już za kilka miesięcy wracam do Polski. Jeszcze tylko wyprawa do Nowej Zelandii z której relacja wkrótce i będzie to już koniec przysługującego mi urlopu. Była to obok Kimberley sczególnie udana wyprawa.

Pakowanie przed wyjazdem. Ostatecznie telewizor został w domu :)

Camping nad Murray river

Zachód słońca w Warrumbungle National Park

The Bread knife rock

Na barce w kierunku Fraser Island

Ot tak niedbale rzucony silniczek w środku buszu

Lake McKenzie

Jazda po buszu w godzinach szczytu

Lansik. Poznać nie tylko po “zimnym łokciu” :)

Eli Creek — fajne miejsce ale zdeczka za dużo ludzi

Wyłania się wrak luksusowego statku Maheno

Nie użyłem żadnego filtra — takie było światło

Ten gad gryzie o czym się dowiedziałem dopiero na końcu

Ngkala rocks — jest objazd ale dalej to już droga dla dobrze wyposażonych grup samochodów

Champagne pools — naturalny basen ze spienioną wodą wprost z oceanu — super !!!

Loża szyderców o której pisałem

Biedacy — loża szyderców im niepodarowała. Swoją drogą to kobita ma krzepe i widać kto rządzi w tym związku :)

Trudny objazd Indian Head — widoczna na wydmie loża szyderców

Indian Head

Ostatni nocleg na fraser island w Hook Point

Fantastyczny zachód słońca

Nadciągająca tropikalna burza

Dingo…że niby porywają dzieci

Lamington National Park

Byron Bay

Noworoczna wymiana oleju

Blue Mountains

Stonka

Droga do Canberry

Canberra — stolica Australii

Snowy Mountains

Na dachu Australii — góra Kościuszki

Mount Townsend — drugi pod względem wysokości szczyt Australii

Szlak o którym nie wie większość turystów

Szeroka ścieżka poniżej mount kościuszko

Kibelek — poważna inwestycja

Już wim co znacy bura mys

Droga z mount kościuszko

Hydro scheme — rury łączące jeziorko z murray river

Hume lake — utworzone nie tak dawno temu — jeszcze sterczą kikuty drzew a nawet można dostrzec pod wodą dachy domów

Skomentuj

Komentarze

naprawdę super; nie myslałeś żeby tak przytargać tego patrola do Polski?.

darek    Lut. 12, 2009 6:59 rano
Odpowiedz
 

Komentarz do: «Fraser Island i podróż przez cztery stany»

Wymagane. Maksymalnie 30 znaków

Wymagane